Strona na
WP
O mnie
Drzewo Geneal-GreatFamily
Newsy
Leżajsk-spacerkiem po mieście
Leżajsk-moje
miasto
90.lecie LO w
Leżajsku
Powrót
Eustachiewicz
Janusz Dolny
Rudolf Jaszowski
Stanisław Boroń
Stanisław Gdula
Zdzisław Kendziorek
Andrzej Gdula
ks.
prof. Ignacy Dec
Kazimierz Gdula
Marianna
Ordyczyńska
Zbigniew Szczębara
Leszek
Szreder
prof. Józef Gröger
ks. Marcin Biały
Stanisław Kisielewicz [*18 X 1919 Leżajsk † 21 VII 2010 Łódź ] (ps. Niesiecki, Antek)
Ur. 18 X 1919 r. w Leżajsku, syn Józefa i Wiktorii z d. Matuszko. Uczęszczał do
gimnazjum w Leżajsku, Chyrowie (Zakład Naukowo-Wychowawczy Ojców Jezuitów) i w
Rohatynie, gdzie zdał maturę (1937). W latach 1937-1939 studiował w Szkole
Głównej Handlowej w Warszawie, gdzie był działaczem MW.
Od końca 1940 r. członek NOW w Leżajsku, od początku 1942 r. szef wydziału
propagandy w komendzie powiatowej NOW. Odpowiadał również za prowadzenie
dokumentacji i archiwum komendy powiatowej.
W 1944 r.
ukończył tajną podchorążówkę i został awansowany do stopnia podporucznika.
Pozostał w konspiracji po wkroczeniu wojsk sowieckich.
Wiosną 1945 r., kiedy został urlopowany, wyjechał do Warszawy, gdzie w 1946 r.
ukończył studia na SGH. Do chwili przejścia na emeryturę w 1980 r. pracował jako
rewident-księgowy w Łodzi i w Warszawie (między innymi do 1953 r. w Związku
Spółdzielni RP i Centrali Tekstylnej, a w latach 1960-1980 w Ministerstwie
Handlu Wewnętrznego). Mieszka w Łodzi z żoną Zofią.
Dzieciństwo
i młode lata
Urodziłem się 18 października 1919 r. w Leżajsku w nie
istniejącym już domu przy ul. Tomasza Michałka. Ojciec mój Józef był
przedsiębiorcą budowlanym, matka Wiktoria z Matuszków gospodynią domową. Nie
znałem już żadnej babki ani dziadka, którzy zmarli przed moim urodzeniem.
Dziadek mój ze strony ojca Jakub był zaangażowanym w sprawy społeczne, a
równocześnie lubił i umiał korzystać z uroków życia. W młodości przy współpracy
z klasztorem organizował gromadzenie broni dla powstania styczniowego. W jego
domu był też punkt zborny dla ochotników chcących brać udział w powstaniu, a
później także sam walczył w oddziale gen. Jeziorańskiego. Dom dziadka znajdował
się w osadzie śródleśnej zwanej „Kąt”. Składała się ona z kilku zaledwie domów
położonych pomiędzy dzielnicą Chałupki a końcem ulicy Tomasza Michałka. Dziadek
był rzemieślnikiem i trudnił się wyrobem różnego rodzaju przedmiotów użytkowych
z drewna, zatrudniając kilku czeladników. Zajęcie to zabezpieczało dostatnie
życie rodzinie składającej się z dwu córek i trzech synów, a także szacunek,
czego wyrazem był fakt wybierania go radnym miasta. W wieku już dobrze dojrzałym
dziadek zakochał się w jakiejś kobiecie, dla której opuścił dom i Leżajsk,
przenosząc się gdzieś na tereny wschodnie. Babka nie potrafiła pokierować
warsztatem, także w krótkim czasie zrobiło się w domu biednie, chłodno i głodno.
Ojciec mój był najmłodszym z rodzeństwa i małoletnim. Starsze rodzeństwo było
już usamodzielnione. Ojciec był głęboko religijny i żarliwie modlił się do św.
Antoniego, patrona ubogich o poprawę losu. Pewnej nocy przyśnił mu się św.
Antoni, podający mu ręką bochenek chleba mówiąc – „odtąd nigdy nie będziesz
głodnym”. Po tym śnie wyjechał do Lwowa i jako małoletni rozpoczął pracę w
charakterze pomocnika murarskiego. Dzięki pracowitości i zaradności szybko
wspinał się po szczeblach kariery zawodowej. Mając ukończonych tylko kilka klas
szkoły podstawowej, dzięki samokształceniu zdobywał potrzebną mu wiedzę, także
jeszcze przed wejściem w związek małżeński był już majstrem i samodzielnie
kierował odcinkiem robót, a po pierwszej wojnie założył własne przedsiębiorstwo
budowlane i stał się człowiekiem zamożnym. Był przeświadczony, że swoje sukcesy
zawdzięcza św. Antoniemu, dlatego postanowił ozdobić naroże zbudowanej przez
siebie kamienicy przy ul. Mickiewicza figurką św. Antoniego z wyciągniętą dłonią
podającą chleb.
W okresie PRL ten patron biednych stał się zagrożeniem
ludowego państwa.
Dom nasz bowiem prawie w całości użytkowany był przez
starostwo, a ostatni przed reformą administracyjną w 1976 r. starosta żądał ode
mnie i brata byśmy tę figurkę usunęli na co oczywiście nie zgodziliśmy się.
Innym wyrazem wdzięczności ojca wobec św. Antoniego było nadanie mi imion
Stanisław Antoni. Ponadto zawsze ilekroć bywał w Leżajsku starał się być w
Klasztorze i modląc się przed statuą świętego wciskał datek do skarbonki z
napisem „Dla biednych.”
Nieco miejsca w moich wspomnieniach chciałbym
poświęcić obrazowi dzielnicy w której się urodziłem i życiu jej mieszkańców. Na
Podklasztorzu było zaledwie kilka domów murowanych reszta; to budynki parterowe
drewniane, kryte przeważnie dachówką. Jesienią domy te „uciszano” tj. okrywano
przywożoną z lasu ściółką. Pamiętam, że dużą przyjemność sprawiał mi zawsze
wyjazd do lasu i zgrabianie ściółki, któremu towarzyszyło zbieranie zielonych
gąsek. Gąski te później kiszono bądź marynowano. Wiosną i latem ściółkę
wykorzystywano obok słomy do podkładania w stajni. Czasami ściany obkładano
także porąbanym drewnem na opał. Domy ogrzewano piecami kaflowymi. Piece
postawione przez dobrego zduna, po jednorazowym nagrzaniu zabezpieczały
utrzymanie właściwej temperatury przez cały dzień. Wyrobem kafli od wielu
pokoleń trudniła się rodzina Romańskich. Dzięki tradycji i doświadczeniu wyroby
tej firmy były dobrej jakości i cieszyły dużym wzięciem nie tylko w najbliższym
rejonie.
Podklasztorem i na Chałupkach większość mieszkańców posiadała
własne „krzaki”, tj. lasy głównie sosnowe, z których pozyskiwano drewno na opał.
Niektórzy oszczędzający własny drzewostan albo nie posiadający „krzaków”
zakupywali sągi lub kubiki pociętych na metrowej długości kłody drzew. Część
tego drewna pochodziła z kradzieży w lasach Potockiego. Do wywozu kradzionego
drzewa z lasu posługiwano się wozami, których koła bez żelaznych obręczy nie
powodowały hałasu. Piece kuchenne były wyposażone w „duchówki” tj. wnęki, do
których wkładano przygotowane już potrawy, dzięki czemu zachowywały one przez
dłuższy czas pożądaną temperaturę. Do gotowania wody na kawę czy herbatę
korzystano z samowarów, nie sądzą by były rodem z Tuły, do ich podgrzewania
służyły głównie szyszki sosnowe. W okresie późniejszym do gotowania potraw
posługiwano się prymusami, opalanymi naftą. Przed każdym ich użyciem wymagały
one podgrzania palnika skażonym spirytusem nalewanym do kołnierza umocowanego
przy tym urządzeniu, a także wytworzenia odpowiedniego ciśnienia pompką w
montowaną w korpus prymusa.
Podstawą utrzymania mieszkańców tej dzielnicy
były karłowate gospodarstwa rolne, z których zbiory musiały wystarczyć na
potrzeby nawet licznych członków rodziny. Z pośród mieszkańców Podklasztoru
tylko nieliczni posiadali własne konie i sprzęt potrzebny do uprawy roli.
Wykonywanie takich czynności jak orka, bronowanie czy siew zlecano okolicznym
rolnikom. Żniwa wykonywano ręcznie sierpami. W okresie późniejszym zastępowały
je kosy wyposażone w kabłąki, które umożliwiały równe odkładanie się pokosów
ściętego zboża. Koszenie wymagało jednak umiejętności posługiwania się tym
narzędziem, dlatego zlecano je wynajmowanym kosiarzom. Także młócenie zboża
powierzano młodym wiejskim chłopcom tzw. „Młóckom”, którzy w czasie sezonu
wystawali na rynku miasta i oferowali swoje usługi.
Dochody rodzin
uzupełniano zatrudnieniem w murarce, uzyskiwano je jednak tylko w okresie
sezonu, z tym jednak, że po przepracowaniu w ciągu roku ustalonego limitu czasu
można było w okresie zimy ubiegać się o zasiłek.
W każdym domu był piec
do wypieku chleba z mąki przeważnie żytniej pochodzącej ze zboża znoszonego
często na plecach do przemiału w młynie Kurleja, mieszczącego się przy bocznej
drodze odchodzącej od ul. Tomasza Michałka. Białe pieczywo, rogaliki, kajzerki,
bułki i sztangle kupowano w sklepie przy specjalnych okazjach. Wypiekany co 2
tygodnie chleb razowy przez cały ten okres zachowywał świeżość i był smaczny.
Przy okazji wypieku chleba z resztek, które nie starczyły na formowanie pełnego
bochenka wypiekano placki tzw. „podpłomyki” które szczególnie mi smakowały. Na
śniadanie kromki chleba smarowano masłem względnie robionymi jesienią w domu
powidłami ze śliwek, jednak najbardziej smakował mi chleb maczany w tak zwanej
zasmażce robionej przez mamę na patelni, której składników już nie pamiętam.
Chleb popijano kawą sporządzoną z przypalonego na patelni jęczmienia. Zmielony
jęczmień z dodatkiem kupowanej w sklepie cykorii gotowano i pito z dodatkiem
mleka. Masło wyrabiano w domowych maselnicach. Wiosną i latem, gdy krowy da-wały
więcej mleka i powstawały nadwyżki masła było ono topione i przechowywane w
słoikach, służąc w okresie zimy obok słoniny do kraszenia
ziemniaków.
Oprócz tartaku i młyna parowego, który spłonął w okresie
okupacji w Leżajsku nie było żadnego zakładu przemysłowego, poza rolnictwem i
murarstwem mieszkańcy miasta trudnili się rzemiosłem wielu było garncarzy,
szewców, krawców, wytwórców zabawek. Handel prawie w całości był w ręku ludności
żydowskiej, z tym jednak, że w/g niepisanego prawa nie dopuszczano ich do
zamieszkania na Podklasztorzu na północ od rzeczki Jagody.
Dlatego na tym
terenie działało 5 sklepów, w których można było kupić „szwarc, mydło i
powidło”, wszystkie one były własnością Polaków, podobnie jak dwie restauracje.
W okresie zimy zwożono do nich duże ilości lodu, który posypywany trocinami
pełnił w lecie funkcje lodówki. Z pośród rzemieślników nieźle wiodło się krawcom
i szewcom, gdyż w owym czasie przemysł konfekcyjny był dopiero w powijakach, a
pierwsze w Polsce zakłady „Bata” w Chełmku zbudowano dopiero w latach 30-tych.
Szycie ubrań i bielizny zlecano zarejestrowanym zakładom krawieckim, bądź też
chodzącym po domach chałupnikom, którzy za wy-żywienie i niską opłatę świadczyli
te usługi. Na Podklasztorzu dużym wzięciem cieszył się krawiec Rosjanin, zwany
„Moskalem”, który nie chciał wracać do czerwonego raju. Dodatkowe źródło dla
mieszkańców Podklasztorza stanowili także pątnicy zwłaszcza ci, którzy
przybywali z dalszych okolic. Dla nich przeważnie w stodołach rozścielano słomę
na której pokotem, jeden obok drugiego spędzali noc a ponadto zakupywali oni
mleko i inne pożywienie.
Okupacja
Z okresu lat 1939/40
pozostały mi tylko przykre wspomnienia, zawiedzione nadzieje na szybkie
zwycięstwo aliantów, prawie całkowity brak pocieszających informacji (poza prasą
gadzinową „Gońcem Krakowskim” i „Krakauer Zeitung”, w którym doszukiwałem się
jakichś pocieszających informacji dotyczących działań na froncie). Mój kolega
szkolny Władek Dudziński zachował aparat radiowy na słuchawki tzw. kryształki,
na którym rzadko udawało się złapać stacje zachodnie poza stacjami niemieckimi i
rosyjskimi. Stacje zachodnie jeżeli udało się je „złapać” też nie przynosiły nic
pocieszającego. W tym okresie na krótko parałem się handlem skórą, którą
przywoziłem koleją z garbarni w Radomiu. Brat natomiast w tym czasie z większym
niż ja powodzeniem zajmował się handlem cementem i wapnem, które sprowadzał
wagonami kolejowymi. Pod koniec 1940 r. mój kolega Mietek Mrzygłód zaproponował
mi wstąpienie do NOW. Ponieważ kierunek ideowy był mi bliski wyraziłem zgodę.
Przysięgę organizacyjną złożyłem na ręce przedstawionego mi jako mego
bezpośredniego dowódcę Ludwika Więcława ps. Śląski i przyjąłem pseudonim
Niesiecki. Do organizacji wprowadziłem moich kolegów: Władka Dudzińskiego,
Ludwika Furdynę, Tadka Jurzyńca, Jana Ciska oraz wysiedlonego z poznańskiego
Stachowiaka studenta Uniwersytetu w Poznaniu. Tworzyliśmy organizacyjną piątkę
pod moim kierownictwem. Wszyscy jej członkowie przeszli przeszkolenie wojskowe w
ramach obowiązującego w szkołach średnich „Przysposobienia Wojskowego”, ja i
Stachowiak także dodatkowo w „Legii Akademickiej”. W ramach tej piątki
omawialiśmy najnowsze informacje uzyskiwane przez Dudzińskiego z nasłuchu
radiowego i z otrzymywanej prasy konspiracyjnej. W początkowym okresie był to
„Szaniec”, który przekazywał nam Adam Koszacki (wg. informacji udzielonej mi
przed laty przez p. Juliana Urbańskiego - Ulasa, faktycznie nosił on inne
nazwisko. Według Urbańskiego był on tylko wychowankiem czy też synem żony
Bolesława Koszackiego z innego związku. Koszacki jak mi opowiadał często
zmieniał orientacje polityczne od anarchistów poprzez komunistów do ONR-u. W
czasie jakiejś rozróby u anarchistów został ranny i kulał na jedną nogę. Mówił
mi, że „Szańca” przewoził bezpośrednio z Warszawy statkiem wiślanym, kursującym
chyba jeszcze w pierwszych latach po wojnie z Warszawy do Sandomierza, a dalej
koleją. Pokazywał mi też dwie fiolki trucizny, które nosił ze sobą gdyż jak
mówił bał się tortur w przypadku aresztowania. Niestety wczesną wiosną 1941 r.
po aresztowaniu i osadzeniu w więzieniu w Leżajsku zażył truciznę i zmarł.
Nie odpowiada prawdzie informacja podana przez S. Sochę w „Czerwonej
Śmierci” jakoby zginął w wyniku torturowania przez Gestapo w Jarosławiu. Krótko
po śmierci Koszackiego Gestapo aresztowało w maju 1941 r. kierownictwo naszej
organizacji: kpt. Lucjana Barana i Ludwika Więcława, uniknął aresztowania Mietek
Mrzygłód i Rysiek Gröger, których nie za-stano w domu. Z pośród członków naszej
organizacji aresztowano także Wilhelma Trociuka i jego siostrę, Marylę
Ordyczyńską i kilku innych. Ludwik Więcław opowiadał mi, że po aresztowaniu był
przetrzymywany w więzieniu w Przemyślu i po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej
eksplodujący na podwórzu więziennym granat spowodował ucieczkę obsługi. Fakt ten
umożliwił mu wyłamanie drzwi i wspólnie ze swoim towarzyszem z celi uwolnili
także innych więźniów. Od czasu śmierci B. Koszackiego do czerwca lub lipca 1941
r. nie było dopływu prasy konspiracyjnej. Aresztowanie kierownictwa nie
pozostało bez wpływu na pracę całej organizacji. Dostawa prasy została wznowiona
w połowie 1941 r. „Szańca” zastąpiła jednak „Walka”, którą otrzymywałem od
Eugeniusza Ostrowskiego ps. „Zawisza”. W pierwszej połowie 1942 r. gestapo
bezskutecznie usiłowało aresztować tą rodzinę, wszyscy jej członkowie wraz z
czeladnikami aktywnie działali w NOW (państwo Ostrowscy prowadzili zakład
kominiarski). Zagrożeni aresztowaniem zmuszeni byli do ukrywania się, a później
walczyli w oddziale „Ojca Jana”. „Zawisza” poległ podczas akcji na
„Liegenschaft” w Groblach, a matka Stefania zginęła w czasie zaatakowania obozu
przez Niemców przed Bożym Narodzeniem w 1943 r. W początkach 1942 r. Ludwik
Więcław zlecił mi kierowanie wydziałem informacji i propagandy w komendzie
powiatowej NOW. Obszar działania komendy obejmował powiat łańcucki i wschodnią
część powiatu kolbuszowskiego, z tym jednak, że w zachodniej części powiatu
placówka NOW funkcjonowała tylko w Krzemienicy. Także w samym Łańcucie nie było
placówki NOW. Nie podzielam w tym przedmiocie poglądu wyrażonego przez K.
Kaczmarskiego w pracy pod tytułem „Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie”,
jakoby powodem nie powołania struktur NOW Łańcucie była specyfika tego
należącego do rodziny Potockich miasta. W Przeworsku - siedzibie rodu
Lubomirskich działały oddziały NOW. Rzeczywistym powodem tego stanu był brak
dostatecznej prężności struktur Stronnictwa Narodowego w samym Łańcucie i
zachodniej części powiatu. W momencie prze-jęcia przeze mnie funkcji kierownika
wydziału informacji i propagandy skład komendy powiatu był następujący
:
Komendant Ludwik Więcław „Śląski”
z-ca Komendanta i kier. wydz.
organizacji Leon Janio „Łaski”
z-ca kier. wydz. organizacji Zbigniew
Larendowicz „Wicher”
kierownik wydziału wywiadu Ryszard Gröger „Kuba”
z
-ca kier. Marian Kisielewicz „Marlewicz”
kier. wydz. szkoleniowego Kazimierz
Krawiec „Orzeł”
kier. wydz. informacji i propagandy Stanisław Kisielewicz
„Niesiecki”
z-ca kier. Stefan Fedorowicz „Szczekacz”
Podana przez S.
Sochę w „Czerwonej Śmierci” dane jakoby w skład komendy powiatu wchodziły
odrębne wydziały: polityczny, informacji i łączności są nieścisłe. Sprawy
łączności prawie wyłącznie były w gestii NOWK (Narodowej Organizacji Wojskowej
Kobiet), którym kierowała Zofia Szczęk ps. „Elżbieta” często błędnie podawano
nazwisko Szczęch. Od czasu wejścia w skład komendy powiatu zajmowałem się
głównie sprawami informacji i propagandy wówczas też, a może nawet nieco
wcześniej odstąpiono od systemu piątkowego, a przyjęto organizację obowiązującą
w wojsku (drużyna, pluton, kompania).
Jest
to fragment książki Stanisława Kisielewicza "Od Leżajska do Łodzi. Wspomnienia
członka NOW w Leżajsku".
Jeżeli ktoś chciałby skontaktować się z p. Kisielewiczem proszę skontaktować się z p. Mirosławem Wanago, który swoim zaangażowaniem wniósł wkład w opisanie w/w historii.
Zdjęcia z pogrzebu Ś. P. Stanisława Kisielewicza.
Uroczystości pogrzebowe odbyły się 24 lipca 2010 roku w kościele św. Józefa w Rudzie Pabianickiej przy ul. Farnej. Pochowany jest na cmentarzu parafialnym w Łodzi, ul. Mierzejowa.
Strona utworzona 2004-07-04
Ostatnia aktualizacja: 10-07-25