O mnie  Leżajsk-moje miasto  Drzewo Geneal-GreatFamily    Newsy   Leżajsk-spacerkiem po mieście Spacerkiem po Leżajsku Blog      90.lecie LO w Leżajsku  Powrót


   Kazimierz Gdula Janina Oleszkiewicz Przysiężniak (1922-1945)   Eustachiewicz  Janusz Dolny   Rudolf Jaszowski  Stanisław Boroń  Stanisław Gdula      Zdzisław Kendziorek   Andrzej Gdula    ks. prof. Ignacy Dec        Marianna Ordyczyńska  Zbigniew Szczębara    Leszek Szreder    prof. Józef Gröger   ks. Marcin Biały
Sylwetki Leżajszczan - Stanisław Kisielewicz

Stanisław Kisielewicz [*18 X 1919 Leżajsk  † 21 VII 2010 Łódź ] (ps. Niesiecki, Antek)


    Ur. 18 X 1919 r. w Leżajsku, syn Józefa i Wiktorii z d. Matuszko. Uczęszczał do gimnazjum w Leżajsku, Chyrowie (Zakład Naukowo-Wychowawczy Ojców Jezuitów) i w Rohatynie, gdzie zdał maturę (1937). W latach 1937-1939 studiował w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, gdzie był działaczem MW.
    Od końca 1940 r. członek NOW w Leżajsku, od początku 1942 r. szef wydziału propagandy w komendzie powiatowej NOW. Odpowiadał również za prowadzenie dokumentacji i archiwum komendy powiatowej.
    W 1944 r. ukończył tajną podchorążówkę i został awansowany do stopnia podporucznika. Pozostał w konspiracji po wkroczeniu wojsk sowieckich.
    Wiosną 1945 r., kiedy został urlopowany, wyjechał do Warszawy, gdzie w 1946 r. ukończył studia na SGH. Do chwili przejścia na emeryturę w 1980 r. pracował jako rewident-księgowy w Łodzi i w Warszawie (między innymi do 1953 r. w Związku Spółdzielni RP i Centrali Tekstylnej, a w latach 1960-1980 w Ministerstwie Handlu Wewnętrznego). Mieszka w Łodzi z żoną Zofią.


Dzieciństwo i młode lata

Urodziłem się 18 października 1919 r. w Leżajsku w nie istniejącym już domu przy ul. Tomasza Michałka. Ojciec mój Józef był przedsiębiorcą budowlanym, matka Wiktoria z Matuszków gospodynią domową. Nie znałem już żadnej babki ani dziadka, którzy zmarli przed moim urodzeniem. Dziadek mój ze strony ojca Jakub był zaangażowanym w sprawy społeczne, a równocześnie lubił i umiał korzystać z uroków życia. W młodości przy współpracy z klasztorem organizował gromadzenie broni dla powstania styczniowego. W jego domu był też punkt zborny dla ochotników chcących brać udział w powstaniu, a później także sam walczył w oddziale gen. Jeziorańskiego. Dom dziadka znajdował się w osadzie śródleśnej zwanej „Kąt”. Składała się ona z kilku zaledwie domów położonych pomiędzy dzielnicą Chałupki a końcem ulicy Tomasza Michałka. Dziadek był rzemieślnikiem i trudnił się wyrobem różnego rodzaju przedmiotów użytkowych z drewna, zatrudniając kilku czeladników. Zajęcie to zabezpieczało dostatnie życie rodzinie składającej się z dwu córek i trzech synów, a także szacunek, czego wyrazem był fakt wybierania go radnym miasta. W wieku już dobrze dojrzałym dziadek zakochał się w jakiejś kobiecie, dla której opuścił dom i Leżajsk, przenosząc się gdzieś na tereny wschodnie. Babka nie potrafiła pokierować warsztatem, także w krótkim czasie zrobiło się w domu biednie, chłodno i głodno. Ojciec mój był najmłodszym z rodzeństwa i małoletnim. Starsze rodzeństwo było już usamodzielnione. Ojciec był głęboko religijny i żarliwie modlił się do św. Antoniego, patrona ubogich o poprawę losu. Pewnej nocy przyśnił mu się św. Antoni, podający mu ręką bochenek chleba mówiąc – „odtąd nigdy nie będziesz głodnym”. Po tym śnie wyjechał do Lwowa i jako małoletni rozpoczął pracę w charakterze pomocnika murarskiego. Dzięki pracowitości i zaradności szybko wspinał się po szczeblach kariery zawodowej. Mając ukończonych tylko kilka klas szkoły podstawowej, dzięki samokształceniu zdobywał potrzebną mu wiedzę, także jeszcze przed wejściem w związek małżeński był już majstrem i samodzielnie kierował odcinkiem robót, a po pierwszej wojnie założył własne przedsiębiorstwo budowlane i stał się człowiekiem zamożnym.  Był przeświadczony, że swoje sukcesy zawdzięcza św. Antoniemu, dlatego postanowił ozdobić naroże zbudowanej przez siebie kamienicy przy ul. Mickiewicza figurką św. Antoniego z wyciągniętą dłonią podającą chleb.             
W okresie PRL ten patron biednych stał się zagrożeniem ludowego państwa. Dom nasz bowiem prawie w całości użytkowany był przez starostwo, a ostatni przed reformą administracyjną w 1976 r. starosta żądał ode mnie i brata byśmy tę figurkę usunęli na co oczywiście nie zgodziliśmy się. Innym wyrazem wdzięczności ojca wobec św. Antoniego było nadanie mi imion Stanisław Antoni. Ponadto zawsze ilekroć bywał w Leżajsku starał się być w Klasztorze i modląc się przed statuą świętego wciskał datek do skarbonki z napisem „Dla biednych.”

Nieco miejsca w moich wspomnieniach chciałbym poświęcić obrazowi dzielnicy w której się urodziłem i życiu jej mieszkańców. Na Podklasztorzu było zaledwie kilka domów murowanych reszta; to budynki parterowe drewniane, kryte przeważnie dachówką. Jesienią domy te „uciszano” tj. okrywano przywożoną z lasu ściółką. Pamiętam, że dużą przyjemność sprawiał mi zawsze wyjazd do lasu i zgrabianie ściółki, któremu towarzyszyło zbieranie zielonych gąsek. Gąski te później kiszono bądź marynowano. Wiosną i latem ściółkę wykorzystywano obok słomy do podkładania w stajni. Czasami ściany obkładano także porąbanym drewnem na opał. Domy ogrzewano piecami kaflowymi. Piece postawione przez dobrego zduna, po jednorazowym nagrzaniu zabezpieczały utrzymanie właściwej temperatury przez cały dzień. Wyrobem kafli od wielu pokoleń trudniła się rodzina Romańskich. Dzięki tradycji i doświadczeniu wyroby tej firmy były dobrej jakości i cieszyły dużym wzięciem nie tylko w najbliższym rejonie.

Podklasztorem i na Chałupkach większość mieszkańców posiadała własne „krzaki”, tj. lasy głównie sosnowe, z których pozyskiwano drewno na opał. Niektórzy oszczędzający własny drzewostan albo nie posiadający „krzaków” zakupywali sągi lub kubiki pociętych na metrowej długości kłody drzew. Część tego drewna pochodziła z kradzieży w lasach Potockiego. Do wywozu kradzionego drzewa z lasu posługiwano się wozami, których koła bez żelaznych obręczy nie powodowały hałasu. Piece kuchenne były wyposażone w „duchówki” tj. wnęki, do których wkładano przygotowane już potrawy, dzięki czemu zachowywały one przez dłuższy czas pożądaną temperaturę. Do gotowania wody na kawę czy herbatę korzystano z samowarów, nie sądzą by były rodem z Tuły, do ich podgrzewania służyły głównie szyszki sosnowe. W okresie późniejszym do gotowania potraw posługiwano się prymusami, opalanymi naftą. Przed każdym ich użyciem wymagały one podgrzania palnika skażonym spirytusem nalewanym do kołnierza umocowanego przy tym urządzeniu, a także wytworzenia odpowiedniego ciśnienia pompką w montowaną w korpus prymusa.

Podstawą utrzymania mieszkańców tej dzielnicy były karłowate gospodarstwa rolne, z których zbiory musiały wystarczyć na potrzeby nawet licznych członków rodziny. Z pośród mieszkańców Podklasztoru tylko nieliczni posiadali własne konie i sprzęt potrzebny do uprawy roli. Wykonywanie takich czynności jak orka, bronowanie czy siew zlecano okolicznym rolnikom. Żniwa wykonywano ręcznie sierpami. W okresie późniejszym zastępowały je kosy wyposażone w kabłąki, które umożliwiały równe odkładanie się pokosów ściętego zboża. Koszenie wymagało jednak umiejętności posługiwania się tym narzędziem, dlatego zlecano je wynajmowanym kosiarzom. Także młócenie zboża powierzano młodym wiejskim chłopcom tzw. „Młóckom”, którzy w czasie sezonu wystawali na rynku miasta i oferowali swoje usługi.
Dochody rodzin uzupełniano zatrudnieniem w murarce, uzyskiwano je jednak tylko w okresie sezonu, z tym jednak, że po przepracowaniu w ciągu roku ustalonego limitu czasu można było w okresie zimy ubiegać się o zasiłek.

W każdym domu był piec do wypieku chleba z mąki przeważnie żytniej pochodzącej ze zboża znoszonego często na plecach do przemiału w młynie Kurleja, mieszczącego się przy bocznej drodze odchodzącej od ul. Tomasza Michałka. Białe pieczywo, rogaliki, kajzerki, bułki i sztangle kupowano w sklepie przy specjalnych okazjach. Wypiekany co 2 tygodnie chleb razowy przez cały ten okres zachowywał świeżość i był smaczny. Przy okazji wypieku chleba z resztek, które nie starczyły na formowanie pełnego bochenka wypiekano placki tzw. „podpłomyki” które szczególnie mi smakowały. Na śniadanie kromki chleba smarowano masłem względnie robionymi jesienią w domu powidłami ze śliwek, jednak najbardziej smakował mi chleb maczany w tak zwanej zasmażce robionej przez mamę na patelni, której składników już nie pamiętam. Chleb popijano kawą sporządzoną z przypalonego na patelni jęczmienia. Zmielony jęczmień z dodatkiem kupowanej w sklepie cykorii gotowano i pito z dodatkiem mleka. Masło wyrabiano w domowych maselnicach. Wiosną i latem, gdy krowy da-wały więcej mleka i powstawały nadwyżki masła było ono topione i przechowywane w słoikach, służąc w okresie zimy obok słoniny do kraszenia ziemniaków.

Oprócz tartaku i młyna parowego, który spłonął w okresie okupacji w Leżajsku nie było żadnego zakładu przemysłowego, poza rolnictwem i murarstwem mieszkańcy miasta trudnili się rzemiosłem wielu było garncarzy, szewców, krawców, wytwórców zabawek. Handel prawie w całości był w ręku ludności żydowskiej, z tym jednak, że w/g niepisanego prawa nie dopuszczano ich do zamieszkania na Podklasztorzu na północ od rzeczki Jagody.
Dlatego na tym terenie działało 5 sklepów, w których można było kupić „szwarc, mydło i powidło”, wszystkie one były własnością Polaków, podobnie jak dwie restauracje. W okresie zimy zwożono do nich duże ilości lodu, który posypywany trocinami pełnił w lecie funkcje lodówki. Z pośród rzemieślników nieźle wiodło się krawcom i szewcom, gdyż w owym czasie przemysł konfekcyjny był dopiero w powijakach, a pierwsze w Polsce zakłady „Bata” w Chełmku zbudowano dopiero w latach 30-tych. Szycie ubrań i bielizny zlecano zarejestrowanym zakładom krawieckim, bądź też chodzącym po domach chałupnikom, którzy za wy-żywienie i niską opłatę świadczyli te usługi. Na Podklasztorzu dużym wzięciem cieszył się krawiec Rosjanin, zwany „Moskalem”, który nie chciał wracać do czerwonego raju. Dodatkowe źródło dla mieszkańców Podklasztorza stanowili także pątnicy zwłaszcza ci, którzy przybywali z dalszych okolic. Dla nich przeważnie w stodołach rozścielano słomę na której pokotem, jeden obok drugiego spędzali noc a ponadto zakupywali oni mleko i inne pożywienie.


Okupacja

Z okresu lat 1939/40 pozostały mi tylko przykre wspomnienia, zawiedzione nadzieje na szybkie zwycięstwo aliantów, prawie całkowity brak pocieszających informacji (poza prasą gadzinową „Gońcem Krakowskim” i „Krakauer Zeitung”, w którym doszukiwałem się jakichś pocieszających informacji dotyczących działań na froncie). Mój kolega szkolny Władek Dudziński zachował aparat radiowy na słuchawki tzw. kryształki, na którym rzadko udawało się złapać stacje zachodnie poza stacjami niemieckimi i rosyjskimi. Stacje zachodnie jeżeli udało się je „złapać” też nie przynosiły nic pocieszającego. W tym okresie na krótko parałem się handlem skórą, którą przywoziłem koleją z garbarni w Radomiu. Brat natomiast w tym czasie z większym niż ja powodzeniem zajmował się handlem cementem i wapnem, które sprowadzał wagonami kolejowymi. Pod koniec 1940 r. mój kolega Mietek Mrzygłód zaproponował mi wstąpienie do NOW. Ponieważ kierunek ideowy był mi bliski wyraziłem zgodę. Przysięgę organizacyjną złożyłem na ręce przedstawionego mi jako mego bezpośredniego dowódcę Ludwika Więcława ps. Śląski i przyjąłem pseudonim Niesiecki. Do organizacji wprowadziłem moich kolegów: Władka Dudzińskiego, Ludwika Furdynę, Tadka Jurzyńca, Jana Ciska oraz wysiedlonego z poznańskiego Stachowiaka studenta Uniwersytetu w Poznaniu. Tworzyliśmy organizacyjną piątkę pod moim kierownictwem. Wszyscy jej członkowie przeszli przeszkolenie wojskowe w ramach obowiązującego w szkołach średnich „Przysposobienia Wojskowego”, ja i Stachowiak także dodatkowo w „Legii Akademickiej”. W ramach tej piątki omawialiśmy najnowsze informacje uzyskiwane przez Dudzińskiego z nasłuchu radiowego i z otrzymywanej prasy konspiracyjnej. W początkowym okresie był to „Szaniec”, który przekazywał nam Adam Koszacki (wg. informacji udzielonej mi przed laty przez p. Juliana Urbańskiego - Ulasa, faktycznie nosił on inne nazwisko. Według Urbańskiego był on tylko wychowankiem czy też synem żony Bolesława Koszackiego z innego związku. Koszacki jak mi opowiadał często zmieniał orientacje polityczne od anarchistów poprzez komunistów do ONR-u. W czasie jakiejś rozróby u anarchistów został ranny i kulał na jedną nogę. Mówił mi, że „Szańca” przewoził bezpośrednio z Warszawy statkiem wiślanym, kursującym chyba jeszcze w pierwszych latach po wojnie z Warszawy do Sandomierza, a dalej koleją. Pokazywał mi też dwie fiolki trucizny, które nosił ze sobą gdyż jak mówił bał się tortur w przypadku aresztowania. Niestety wczesną wiosną 1941 r. po aresztowaniu i osadzeniu w więzieniu w Leżajsku zażył truciznę i zmarł.
Nie odpowiada prawdzie informacja podana przez S. Sochę w „Czerwonej Śmierci” jakoby zginął w wyniku torturowania przez Gestapo w Jarosławiu. Krótko po śmierci Koszackiego Gestapo aresztowało w maju 1941 r. kierownictwo naszej organizacji: kpt. Lucjana Barana i Ludwika Więcława, uniknął aresztowania Mietek Mrzygłód i Rysiek Gröger, których nie za-stano w domu. Z pośród członków naszej organizacji aresztowano także Wilhelma Trociuka i jego siostrę, Marylę Ordyczyńską i kilku innych. Ludwik Więcław opowiadał mi, że po aresztowaniu był przetrzymywany w więzieniu w Przemyślu i po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej eksplodujący na podwórzu więziennym granat spowodował ucieczkę obsługi. Fakt ten umożliwił mu wyłamanie drzwi i wspólnie ze swoim towarzyszem z celi uwolnili także innych więźniów. Od czasu śmierci B. Koszackiego do czerwca lub lipca 1941 r. nie było dopływu prasy konspiracyjnej. Aresztowanie kierownictwa nie pozostało bez wpływu na pracę całej organizacji. Dostawa prasy została wznowiona w połowie 1941 r. „Szańca” zastąpiła jednak „Walka”, którą otrzymywałem od Eugeniusza Ostrowskiego ps. „Zawisza”. W pierwszej połowie 1942 r. gestapo bezskutecznie usiłowało aresztować tą rodzinę, wszyscy jej członkowie wraz z czeladnikami aktywnie działali w NOW (państwo Ostrowscy prowadzili zakład kominiarski). Zagrożeni aresztowaniem zmuszeni byli do ukrywania się, a później walczyli w oddziale „Ojca Jana”. „Zawisza” poległ podczas akcji na „Liegenschaft” w Groblach, a matka Stefania zginęła w czasie zaatakowania obozu przez Niemców przed Bożym Narodzeniem w 1943 r. W początkach 1942 r. Ludwik Więcław zlecił mi kierowanie wydziałem informacji i propagandy w komendzie powiatowej NOW. Obszar działania komendy obejmował powiat łańcucki i wschodnią część powiatu kolbuszowskiego, z tym jednak, że w zachodniej części powiatu placówka NOW funkcjonowała tylko w Krzemienicy. Także w samym Łańcucie nie było placówki NOW. Nie podzielam w tym przedmiocie poglądu wyrażonego przez K. Kaczmarskiego w pracy pod tytułem „Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie”, jakoby powodem nie powołania struktur NOW Łańcucie była specyfika tego należącego do rodziny Potockich miasta. W Przeworsku - siedzibie rodu Lubomirskich działały oddziały NOW. Rzeczywistym powodem tego stanu był brak dostatecznej prężności struktur Stronnictwa Narodowego w samym Łańcucie i zachodniej części powiatu. W momencie prze-jęcia przeze mnie funkcji kierownika wydziału informacji i propagandy skład komendy powiatu był następujący :
Komendant Ludwik Więcław „Śląski”
z-ca Komendanta i kier. wydz. organizacji Leon Janio „Łaski”
z-ca kier. wydz. organizacji Zbigniew Larendowicz „Wicher”
kierownik wydziału wywiadu Ryszard Gröger „Kuba”
z -ca kier. Marian Kisielewicz „Marlewicz”
kier. wydz. szkoleniowego Kazimierz Krawiec „Orzeł”
kier. wydz. informacji i propagandy Stanisław Kisielewicz „Niesiecki”
z-ca kier. Stefan Fedorowicz „Szczekacz”

Podana przez S. Sochę w „Czerwonej Śmierci” dane jakoby w skład komendy powiatu wchodziły odrębne wydziały: polityczny, informacji i łączności są nieścisłe. Sprawy łączności prawie wyłącznie były w gestii NOWK (Narodowej Organizacji Wojskowej Kobiet), którym kierowała Zofia Szczęk ps. „Elżbieta” często błędnie podawano nazwisko Szczęch. Od czasu wejścia w skład komendy powiatu zajmowałem się głównie sprawami informacji i propagandy wówczas też, a może nawet nieco wcześniej odstąpiono od systemu piątkowego, a przyjęto organizację obowiązującą w wojsku (drużyna, pluton, kompania).

Jest to fragment książki Stanisława Kisielewicza "Od Leżajska do Łodzi. Wspomnienia członka NOW w Leżajsku". 

Jeżeli ktoś chciałby skontaktować się z p. Kisielewiczem proszę skontaktować się z p. Mirosławem Wanago, który swoim zaangażowaniem wniósł wkład w opisanie w/w historii.

 Mirosław P.WANAGO

 

 


Zdjęcia z pogrzebu Ś. P. Stanisława Kisielewicza.

Uroczystości pogrzebowe odbyły się 24 lipca 2010 roku w kościele św. Józefa w Rudzie Pabianickiej przy ul. Farnej. Pochowany jest na cmentarzu parafialnym w Łodzi, ul. Mierzejowa.

 

         

 


        Mój Internetowy kolega, z którym klikałam na gg pochwalił się, że jego sąsiad Stanisław Kisielewicz pochodzi z Leżajska i ma spisane ciekawe informacje o Rodzinie i o swoim rodzinnym mieście. Zdopingowałam mojego kolegę, aby pomógł panu Stanisławowi wydać swoje wspomnienia w formie książki. I rzeczywiście, Mirek obiecał zaangażować się osobiście, przepisał rękopis pana Stanisława 'do komputera', nawet przyjechał do Leżajska, by zdobyć trochę zdjęć, poznałam go osobiście.

Mirek zajął się również wydrukiem książki w wojskowej drukarni. Po kilku miesiącach przywiózł mi już gotowe książki. Jeden egzemplarz był przeznaczony dla mnie, szczególnie cenny, bo z autografem autora. Ze sprzedażą książki nie było problemu. Problem natomiast był niski nakład, bowiem 100 egzemplarzy rozeszło się w ciągu kilku dni. Wielu chętnych dzwoniło do mnie prosząc o książkę. Rodzina pana Stanisława czuła się nawet urażona, że p. Stanisław nie pomyślał o nich. Odsyłałam ich do miejscowych bibliotek, bo tam książka jest dostępna.

Panu Stanisławowi zrobiłam również stronę www i umieściłam w Internecie http://szamik.republika.pl/kisielewiczs.htm

Jego materiały przydały mi się do wzbogacenia mojego drzewa genealogicznego. Okazało się, że pan Stanisław jest spokrewniony z rodziną mojego męża.

Pan Stanisław ze względu na podeszły wiek (ur. się w 1919 roku) przez wiele lat nie przyjeżdżał do swojego rodzinnego miasta. Nie poznałam Go osobiście, ale kiedy jeszcze żył przesyłaliśmy sobie serdeczne Życzenia Świąteczne.

Pięć lat po śmierci w 2015 roku, przy okazji pisania świątecznych kartek, natknęłam się w mojej skrzyneczce z korespondencją na kartkę z życzeniami od ŚP. Pana Stanisława Kisielewicza. Przywołałam wspomnienia, nasunęły mi się pewne refleksje. Szkoda, że w dzisiejszych czasach zanika tradycja wysyłania życzeń na kartkach pocztowych. Korespondencja papierowa przegrywa z elektroniczną formą kontaktu ze znajomymi. W dobie e-maili, esemesów, portali społecznościowych czy telefonów komórkowych bezpowrotnie tracimy świadectwo znajomości z żywymi ludźmi. Pan Kisielewicz już nie żyje. Pozostały mi jednak na pamiątkę listy i kartki z życzeniami od niego. Oto jedna z takich kartek.

  Miłych, zdrowych, pogodnych Świąt Bożego Narodzenia. Wiele szczęścia i satysfakcji w Nowym Roku

                           życzy Stan. Kisielewicz

PS. Korzystając z okazji składania tradycyjnych życzeń świątecznych, chciałbym równocześnie przekazać Pani moje wyrazy sympatii i szacunku za pasję i oddanie sprawie utrwalenia obrazu przeszłości wspólnych nam rodzinnych stron. Równocześnie żałuję, że z uwagi na stan zdrowia nie mogę tych życzeń przekazać osobiście i bezpośrednio, a także podziękować za znane mi podejmowane przez Panią działania i wysiłki dla popularyzacji i wznowienie mojej pisaniny.

                                                                                                                                                          St. Kisielewicz

                                                  Łódź, grudzień 2007

 


Księga Gości-przeglądanie

Strona utworzona 2004-07-04

Ostatnia aktualizacja: 15-04-03

 

Powrót