Genealogia Ordyczyńskich
O mnie
Drzewo Geneal-GreatFamily
Newsy
Leżajsk-spacerkiem po mieście
Leżajsk-moje
miasto
90.lecie LO w
Leżajsku
Powrót
Biogram
Kazimierza Gduli z Leżajska opracowany przez córkę Martę Gdulę -Żukowicz na
podstawie jego wspomnień.
pobierz plik pdf
*************************************************************
Kazimierz Gdula [*15-04-1908 †2-09-1986]
Syn Marii z
Atamanów. Dzieci: Marek, Czesław, Marta i Małgorzata. Pierwszy powojenny
burmistrz Leżajska, który przeżył obóz koncentracyjny. W Mauthausen Gdula
dzielił trudny los z rabinem Friedmanem z Wiednia.
W książce pt. "Też historia", Juliusz Ulas Urbański umieścił kilka interesujących informacji z życia Kazimierza Gduli. Oto fragmenty:
" (...)
Antoni Lukszandel
1824 - 1911 - em. poborca podatków- sprzedał swój majątek, a z cęści uzyskanej
kwoty ustanowił fundację stypendialną dla "kształcącej się aryjskiej młodzieży
mieszczańskiej". Stypendium przyznawała Rada Miasta, na podstawie starań
zainteresowanych, po spełnieniu zastrzeżonych kryteriów. Jedno stypendium
rocznie, wyłącznie aryjczykom, biednej, polskiej młodzieży mieszczańskiej, na
dwóch ostatnich latach studiów, po pozytywnej ocenie nauki przez władze uczelni.
Wśród prawdopodobnych stypendystów, tylko jeden przyznał się do jej pobierania.
Oświadczył on też, że każdego roku kilka razy odwiedzał grób Antoniego
Lukszandla. W Święto Zmarłych zapalał tradycyjną świeczkę ze "Zdrowaśką".
Spotykał tam też Pana Kazimierza Przybylskiego. Reszta stypendystów brała
stypendia dyskretnie bojąc się plotek i skojarzenia potrzebnego "świadectwa
ubóstwa" z dostatkiem w rodzinie.
W zachowanym dokumencie można przeczytać:
"Pan Kazimierz Gdula - student IV roku Wydziału Prawnego Uniwersytetu J. K.
we Lwowie. Nadaję Panu na rok szkolny 1933/34 stypendium z fundacji im.
Antoniego Lukszandla w rocznej kwocie 300 złotych ze zgłoszeniem się najpóźniej
do końca br. z poświadczeniem Dziekana Wydziału Prawnego J.K. we Lwowie, że
zasługuje Pan na wypłatę stypendium i po złożeniu znaczka stemplowego za 25
groszy i świadectwa ubóstwa".
Jak opowiadał Pan
Kazimierz, stypendium w kwocie 300 złotych było bardzo poważną pomocą w życiu
studenta. Wystarczyło na zakup skryptów, zeszytów, skromnej odzieży i butów.
Każdorazowo, pewna sumka przeznaczona była także na "skromniutką" bibkę. W
końcu, była to równowartość trzech stukilogramowych świnek lub dwóch średnich
miesięcznych urzędowych poborów".
"(...)Protekcja
Do
domu rodzinnego, ze Lwowa powrócił Pan Kazimierz Gdula, po ukończeniu studiów na
Uniwersytecie Jana Kazimierza. Wiedział, że będzie miał trudności ze
znalezieniem urzędowej posady. Tymczasem snuł plany na przyszłość. Pewnego dnia,
wieczorem wyszedł na spacer. Przeszkodził mu w tym deszcz. Nie mając parasola,
schronił się przed deszczem pod gałęziami olbrzymiego kasztana, których wiele
rosło wzdłuż całej ulicy Mickiewicza. Takie samo schronienie, znalazł nieznany
mu, elegancko ubrany pan. Widocznie "korporatka", na głowie Pana Kazimierza
zainteresowała nieznajomego i rozpoczął z nim rozmowę. "Cieszę się, że spotkałem
przedstawiciela miejscowej inteligencji. Może coś ciekawego dowiem się o tym
mieście?"
Zdarzenie miało miejsce przed zamkiem starościńskim naprzeciwko
domu Bauerów. Równocześnie w pobliżu miejski "lampiarz" zapalił jedną z
ulicznych lamp gazowych, którymi oświetlano miasto. W jej świetle można było
przeczytać nazwę sąsiedniej ulicy. Nieznajomy jakby trochę zdziwiony głośno
przeczytał: ulica mjr Tadeusza Wyrwy Furgalskiego. Poprosił Pana Kazimierza o
opowiedzenie czegoś na temat jej patrona. Opowiadanie Pana Kazimierza było
długie i szczegółowe w detalach, aż nieznajomy ze wzruszeniem mu podziękował. Na
pożegnanie, serdecznym uściskiem dłoni zaproponował - "w przypadku prawdziwych
trudności w znalezie¬niu pracy spróbuję Panu może coś pomóc". Dopiero w domu Pan
Kazimierz obejrzał wręczony mu przez nieznajomego bilet wizytowy. Bilet był
zupełnie nietypowy. Nie było na nim żadnego nazwiska, jedynie miejscowość -
Warszawa i dwa numery telefonu. Obok jednego informacja: "pilne sprawy
służbowe". Długo poszukiwał Kazimierz pracy, były tylko obiecanki. Postanowił
wykorzystać oferowaną pomoc. Mimo kilkakrotnych prób i różnych zabiegów
telefonistki Pani Michaliny Dziadeckiej - stołeczny numer nie odpowiadał. Nie
ocenił swojej sprawy za ważną i nie skorzystał z zastrzeżonego numeru. Trochę
tym speszony, postanowił pojechać do Warszawy. Z publicznego telefonu obok
dworca kolejowego zadzwonił pod podany numer. Treść rozmowy była nietypowa i
zaskoczyła Pana Kazimierza. "Kto dzwoni, skąd?" - "mgr Kazimierz Gdula z
Leżajska, ale z telefonu z budki obok warszawskiego dworca". "Proszę chwilę
zaczekać". W słuchawce usłyszał głos nieznajomego ze spotkania pod leżajskim
kasztanem. "Witam, witam w Warszawie. Jak pana rozpozna mój szofer? Wyjedzie po
pana na dworzec. Oczekuję pana". "Mam na głowie czapkę "korporatkę" a w ręce
gazetę "Wróble na dachu"" - odpowiedział Pan Kazimierz. "Do zobaczenia, proszę
zaczekać kilka minut pod budką telefoniczną". Rzeczywiście, po chwili, do
zupełnie zaskoczonego Pana Kazimierza, podszedł oficer i oświadczył - "jestem do
pana dyspozycji, Pan pułkownik czeka na pana". Całkowicie zbaraniał Pan
Kazimierz, ale wsiedli do wskazanego samochodu. Po krótkiej jeździe zatrzymali
się i weszli do olbrzymiego gmaszyska. Stojący w "westybulu" wartownik tylko
zasalutował. Długi korytarz z drzwiami po obu stronach. Na jednych drzwiach -
wizytówka: "płk Teodor Pandor Furgalski" - wyjaśniła wszelkie niejasności. Był
to brat Tadeusza o którym tak wiele opowiadał nieznajomemu Pan Kazimierz.
Serdeczne powitanie. Później tylko krótka rozmowa o sprawach bardziej
osobistych. Na zakończenie rozmowy tylko - "proszę zaczekać parę dni, budujemy
COP, coś na pewno się znajdzie". Po takim zapewnieniu Pan Kazimierz postanowił
odwiedzić swoich znajomych, pracujących w Warszawie - leżajskich murarzy. Zeszło
mu parę dni, wszyscy znajomi godnie przyjmowali swojego krajana.
Po powrocie
do domu matka przywitała go reprymendą i ze strachem - "Kaziu, co się stało? W
pilnej sprawie służbowej przysyłał po ciebie naczelnik poczty Pan Kazimierz
Doening, a dziś rano był strażnik miejski Pan Michał Nabrzeźny". Jeszcze tego
samego dnia wszystko wyjaśnił naczelnik poczty. Pan Kazimierz proszony był o
zgłoszenie w Wydziale Osobowym Dyrekcji Poczty we Lwowie. Pojechał tam nazajutrz
za pożyczone pieniądze. Rodzina Pana Kazimierza była naprawdę biedna. Miło w
dyrekcji powitał go jakiś wysoki rangą urzędnik. Poprosił o odręczne napisanie
podania o pracę i życiorysu. Odwrotnie wręczył zupełnie zaskoczonemu Panu
Kazimierzowi nominację na Kierownika Urzędu Pocztowego w Rudzie Łańcuckej.
Radości w całej rodzinie Gdulów nie było końca. Mama Kazimierza zaniosła dwa
złote "na ofiarę". On wszystko przypisywał protekcji za sprawą "korporatki" i
oboje mieli rację.
W okresie Peerelu przypomniano Panu Kazimierzowi
"protekcję" Furgalskiego. Musiał "pożegnać" stołek Przewodniczącego PRN w
Lubaczowie i żyć na swoim, "na adwokackim chlebie"

Jeśli posiadasz jakieś dodatkowe
informacje, napisz na adres:
aord@aordycz.com![]()
Strona utworzona 2004-01-01
Ostatnia aktualizacja: 07-09-07