Fotoalbum Drzewo genealogiczne Potomkowie Rodu-ang. Indeksy, adresy Biogramy  Groby moich przodków Genealogia  Linki
 



Zostaw ślad po sobie i wpisz się


Poszukuję członków Rodziny Feldmanów, Milli, Ćwikłów, Szamików
Chciałabym odtworzyć swoje drzewo genealogiczne. 

W poszukiwaniu korzeni   Poszukiwanie przodków Milli   Descendenci-Potomkowie   W poszukiwaniu korzeni Blog ProMemoriam Gazetka Rodzinna  Fotoalbum  Janina Stankiewicz Biogram      

Czesław Szamik

Siostry Maria i janina w Zakopanem

Rodzina Feldmanów

Julian Feldman

 

 

 

 

 


Rodzinne albumy, pamiątki, dokumenty, gadżety przywołują wspomnienia, nasuwają refleksje, stanowią historię dla przyszłych pokoleń.

Kuryłówka, w której się urodziłam i wychowywałam była dużą wioską odległą 7 km od Leżajska. Mieszkała tam ludność narodowości polskiej wyznania rzymsko-katolickiego i ruskiej wyznania grecko-katolickiego. We wsi było 2 kościoły tj cerkiew i kościół rz-kat. Mieszkańcy mieszkali na Ruskim Końcu i Polskim Końcu, a między tymi ‘dzielnicami’ w samym centrum wsi znajdował się Rynek. W Kuryłówce przed wojna sporą część ludności stanowiła społeczność żydowska.

Urodziłam się 24 października 1928 roku. Ludwika Zawadowicz, jako akuszerka odbierała poród, z relacji wiem, że był to bardzo ciężki poród. Zaraz po urodzeniu zachorowałam, szybko więc, bo już trzeciego listopada zostałam ochrzczona w Kościele Parafialnym w Kuryłówce. Franciszek Oleszkiewicz i Katarzyna Skiba (matka Julka Skiby) byli moimi chrzestnymi. Chrzcił mnie ks. Ignacy Łaskawski.
Moi Rodzice mieli konflikt serologiczny. Mama miała grupę krwi 0 Rh+, a tato 0 Rh-. Możliwe, że dlatego rodzice mieli tylko dwójkę dzieci.

Jak wynika z dokumentów mieszkaliśmy wtedy w Kuryłówce pod numerem 335. W Księdze Urodzeń na tej samej stronie figuruje Irena Krach, która urodziła się 16 grudnia. Irena była moją szkolą koleżanka i sąsiadką, mieszkała zaledwie o kilka domów dalej pod numerem 212. Irena była córką Jana Kracha szewca i Karoliny Zawadowicz, tej, która była przy moich narodzinach.
W 1937 roku przystąpiłam do I Komunii Świętej.

Do szkoły podstawowej chodziłam w Kuryłówce, tej samej szkoły, do której chodzili moi rodzice, do tej samej szkoły chodziła również moja o 4 lata starsza siostra Janka.
Dyrektorem szkoły przed wojną był Julian Kahl, a po przejściu na emeryturę, zastąpił go Józef Szczęsny. Katechetą był ks. Ignacy Łaskawski.

Ponieważ w Kuryłówce istniała szkoła 6 klasowa, siódmą klasę wszystkie dzieci kończyły w Leżajsku. Tak, że gimnazjum ukończyłam w Leżajsku. Nie było łatwo, trzeba było do szkoły chodzić piechotą, zimą rodzice wynajmowali nam stancje. Mieszkałam u Leśniochów, Zimmermanów, Krotów, u Chmurów.

II Wojna światowa

Pamiętam, jak przed samą wojną w 1939r latem Rusini urządzali sobie festyn. Jako dziecko poszłam z ciekawości zobaczyć jak bawi się ruska młodzież. Zobaczyła chłopców z karabinami w ręku. Opowiedziałam rodzicom, co zobaczyłam, a tato mi odpowiedział, że zaczynają się zrzeszać i urządzają ćwiczenia w Niemczykowej Łuzinie.

Wkrótce, mój tato też dostał wezwanie do Leżajska na ćwiczenia z Obrony Narodowej. Nieuchronnie zbliżała się wojna. Zmobilizowany został też Ćwikła Jan, Sołek Michał, Gondek Michał, Staszek Kycia i pewnie jeszcze wielu innych mężczyzn.

Po odbytych ćwiczeniach ponownie zostali wezwani do Leżajska. Pojechała z nim mama, furmanką. W drodze powrotnej wracający mężczyźni półsłówkami rozmawiali, że mają czekać na telefon. Mama nie bardzo rozumiała o czym mówią, ale domyśliła się, że wojna tuż, tuż.

W ostatnią niedzielę sierpnia 39. będąc na spacerze z koleżankami na pastwisku nad Sanem dotarła do nas wiadomość, że ci co byli na ćwiczeniach zostali wezwani do jednostki. Okazało się, że kiedy wróciłam do domu, nie zastałam nikogo, wszyscy byli na Rynku, siedzieli na furmankach gotowi do wyjazdu.

W gotowości stali u Góraka na podwórzu jeszcze przez 2 dni. Tato miał problemy z ubraniem, nie mogli mu dobrać właściwego rozmiaru, czekał, aż uszyją mu na miarę.

Wyruszyli w okolicę Dukli na pierwszy ogień, jako Obrona Narodowa.

W domu była rozpacz, moja 15 letnia siostra Janka płakała, ja miałam 11 lat, najbardziej rozpaczała babcia Marianna, bo Julian to był jej jedyny syn. Wszystkie jej dzieci wcześnie poumierały, a jeden z synów Michał wyjechał do Ameryki jeszcze w 1906 roku.

Zaczęły się prace jesienne w polu i w domu, mama musiała pracować za siebie i za tatę. 1 września 1939 roku Niemcy napadli na Polskę z jednej, a 17 września Rosjanie zaatakowały nasz kraj z drugiej strony.

Zbliżał się październik, tato nie wracał, wojna zakończyła się klęską dla Polski. Nie był żadnej wiadomości od taty, krążyły plotki, że bomba uderzyła w kuchnię polową, a ponieważ tato był kucharzem, najprawdopodobniej zginął. W domu wszyscy rozpaczali, babcia całowała taty buty i płakała. Pod koniec października przyleciała do nas Janka Maruszak z wiadomością, że tato jest u nich w domu. Mama w tym czasie siała w polu żyto, ja pasłam krowy na drodze. Zapędziła krowy do domu i poleciałam do Maruszaków. Rzeczywiście tacie udało się cało wyjść z Wojny Obronnej, uciekł z pociągu i szczęśliwie dotarł do Kuryłówki. Radość była ogromna w całej rodzinie.

Polska znalazła się pod hitlerowską okupacją, Niemcy zaczęły przygotowania do wojny z Rosją. Zaczęli robić porządek z polską inteligencją. Aresztowano mężczyzn, wywożono ich do Oświęcimia i Majdanka. Żydów wywożono do Tarnogrodu i tam ich rozstrzeliwano.

Ja w tym czasie chodziłam do piątej klasy, kiedy do naszego domu przyszedł posterunkowy i oznajmił, że mają zamiar aresztować i wywieźć do Biłgoraja kierownika szkoły Józefa Szczęsnego. Prosił, aby go ostrzec, tato przekazał informację Szczęsnemu, ale ten nie miał zamiaru uciekać, bo nie poczuwał się do jakiejkolwiek winy. Pana Szczęsnego zabrali z lekcji. Zginął 5 marca 1942 roku w obozie koncentracyjnym w Auschwitz-Birkenau. Osierocił dwoje dzieci, 10-letnią Marylkę i młodszego syna 3-letniego Romana.

Wojna zmieniła stosunki między mieszkańcami w Kuryłówce. W czasie okupacji za przyzwoleniem Niemców Ukraińcy bardzo się panoszyli we wsi. Trzeba było się ich bać. Sprowadzili do szkoły nauczyciela Kozaka, który uczył dzieci. Ksiądz Michajło Pasikura na kazaniu nawoływał i buntował Rusinów, by ‘rizać lachów’.

Przed wojną ludność polska i ukraińska żyła zgodnie ze sobą. Był wiele mieszanych małżeństw, jedne dzieci chodziły do cerkwi inne z tej samej rodziny modliły się w katolickim kościele. Ludzie świętowali wspólnie święta ruskie i polskie.

Mój tato w czasie okupacji nie gardził ucieczką kiedy Niemcy przyjechali na łapankę, miał dobry słuch, wyczuwał ich w pobliżu i w razie niebezpieczeństwa krył się, gdzie mógł, albo uciekał.

Pewnego dnia przyjechały do Kuryłówki oddziały ukraińsko-niemiecki, koło gminy zrobił się ruch, tato wyjrzał zza węgła i zorientował się, że z samochodu  lecą prosto w naszą uliczkę. Schował się do drewutni, a stamtąd uciekł do wsi, mama usłyszała strzały, wybiegła w kierunku Niemców i tłumaczyła, że taty nie ma, bo poszedł do kościoła. Zapisali sobie nazwisko taty, mama w międzyczasie słysząc strzały, poleciała na Polski Koniec, zastała zakrwawionego męża obmywającego rany w kałuży. Poprosiła Niemca, by puścił jej męża, ten darował mu życie, obiecują, że później do nas przyjdzie. Tato uciekał razem z Gagoszem Staszkiem, Staszkowi nie udało się, został zabity, a były to czarne łebki Darmochwała z Tarnogrodu.

Wieczorem przyszedł Niemiec do naszej chałupy, mówił, że gdyby nie on, zabiliby tatę. Mam poczęstowała go kwaśnym mlekiem.

W 1943 roku pojawili się partyzanci. Walczyli z Niemcami. Doszła do nas wieść, że została stoczona bitwa w okolicy między Wólką Łamaną, a Szyszkowem. Zostało rannych kilku partyzantów z Oddziału Wodeckiego ‘Szpaka’. Rannych przewieziono na Kahlówkę. Ja w tym czasie byłam z koleżankami za płotem u Jaśka Skiby, kiedy zauważyłyśmy jakieś punkciki na polach od strony Ożanny. Weszłyśmy na płot, zobaczyłyśmy grupę Mongołów jadących na koniach przez zboże. Pogoniłam do domu, zawiadomiłam mamę, schowałyśmy się razem z Zośką Czaplową przed Mongołami na przewróciu, po jakimś czasie wróciłyśmy do domu, ale niebezpieczeństwo nadal istniało, każdy bał się Mongołów, schowałyśmy się u Skiby w jakiejś dziurze, ktoś na przykrył gałęziami. Skibowa specjalnie wysmarowała się krówskim łajnem, a kiedy nadjechały Mongoły, zdziwieni zapytali ‘co to? Durak?’ i dali jej spokój, odjechali. Mama też chowała się  przed Mongołami, którzy wkrótce pojechali na Ruski Koniec, a potem zawrócili w kierunku Kahlówki. Po drodze spalili kilka domostw, ranili kilka osób i kilku zabili.

W tym dniu przyszedł do nas inż. Josse. Prosił, żeby siostra poszła na Kahlówkę pomóc przy rannych, podać im jedzenie. U nas były Maryna i Janka Werflówne, poszły razem z Janką. Poroznosiły obiad i Janka wróciła do domu.

Po latach jedna z matek partyzanta, który tam zginął  przyjechała z Łańcuta do mojej siostry, wypytywała ją o okoliczności wydarzeń, o syna, który miał zaledwie 20 lat, był jedynakiem. Pytała co czuł, jak tam było. To był czerwiec 1944r, miesiąc później, w lipcu przyszli nasi sojusznicy ze wschodu.

W sierpniu byłam u Werflów w Brzyskiej Woli, kiedy Oddział Jana rozwiązywał się. Żegnał swoich chłopców z lasu, wszyscy się popłakali. A potem każdy poszedł w swoją stronę. Niektórzy zaciągnęli się do milicji, do chwili, aż Niemcy opuścili teren.

Rok 1944-45 dla Kuryłówki był ciężki, dlatego, że na nas napadali Ukraińcy. W Kulnie było komisja rosyjska, stopniowo wywozili prawosławnych do Rosji. Nasi Ukraińcy od czasu do czasu napadali na Kuryłówkę, rabowali dobytek. Na szczęście oddział Wołyniaka we współpracy z partyzantami Ojca Jana, Majki i Radwana bronił ludność przed bandytami.

Pewnego razu wybierałam się rano do szkoły, kiedy bandyci wpadli do Kuryłówki, nie kazali nam się ruszać z domu. Byli u Czapli, Kostka na Błoniu, u Michlewskiego. U Czapli zagrabili maszynę do szycia, Kostkom zabili świnię. W międzyczasie pojawił się Julek Czerniecki, wystrzelił zza studni i wypłoszył bandytów.

Innym razem wpadli pod nieobecność mamy i taty. Rodzice byli w Leżajsku, Janka była sama w domu. Zabrali z domu zegarek kieszonkowy, karty, a z belki w komorze zabrali kawał słoniny.
19 marca 1945 roku znowu wybrali się do Kuryłówki. Ludzie zawiadomili Wołyniaka, który w tym czasie hucznie świętował imieniny Józefa. Oddział partyzancki w odwecie, załadowali karabiny i wozami drabiniastymi podjechali do Kuryłówki, postrzelali i ruszyli na Kulno.
Po drodze znaleźli leżącą ranną, strasznie poturbowaną Pająkową. Prosiła, by ją dobili.
Kulno się paliło, a łuna rozświetlała niebo, że można było znaleźć igłę od jasności. O północy towarzystwo Wołyniaka wracało z Kulny z łupami. Wieźli kożuch, barany, zboże.
Jest 3 maja. Pod Ożanną w lesie został zrobiony ołtarz. O 10 rano odprawiono mszę. Przyjechał z Leżajska z klasztoru ks. Bartłomiej Głowacki. Młodzież i starsi z okolicznych wsi, chłopcy Wołyniaka i Majki, Radwana oraz wojsko. Odbyła się defilada, którą odbierał Lucjan za zgodą Ojca Jana. Koncentracja oddziałów leśnych, żołnierze świeżo przybyli składali przysięgę AK. Przysięgę odbierał Łucjan i Tatar. Po mszy odbyła się defilada wszystkich oddziałów leśnych w pełnym uzbrojeniu. Potem odbył się uroczysty obiad w Ożannie. Po tej wielkiej uroczystości zaczęła się rozróba, przyjechało NKWD, ponieważ zdezerterował cały batalion wojska polskiego pod dowództwem Mariana Gąsiorowskiego.
W którymś dniu przyjechali do nas furmanką Majka, Zbyszek Góral (Skacel) i Wilczur - Jan Stelmachowicz. Furmankę i konie postawili u nas na podwórzu. Mama usłyszał strzały na cmentarzu, powiedziała – panowie, na cmentarzu ruscy strzelają, wszyscy trzej szybko się pozbierali, mama dała jednemu z nich swoją marynarkę, a karabin, który nieopatrznie zostawili schowała w komorze pod podłogą. Tato zaprowadził ich 2 konie do stajni, gdzie znajdowały się nasze 2 konie, wóz schował w stodole.
Wychodząc ze stodoły usłyszał z daleka
-chadżaj, chadi siuda
Tato odrzekła, - idę, idę, wziął nogi za pas i uciekł na Polski Koniec.
Ruscy przyszli do naszego domu, z szafy w pokoju powyciągali rzeczy, m. in. taty płaszcz z wojny
- o ubiliście sołdata
Ja mu powiedziałam, że wasze sołdaty mieli zgrzebne pasy
Postawili nas koło stołu, jeden z nich poszedł z mamą do sołtysa, bo mama powiedziała, że tato tam poszedł.
W międzyczasie wpadli partyzanci – chłopcy Wołyniaka, Majki i Radwana. Zaczęła się bitwa, zginęła jedna Rosjanka. Znaleźli u niej nakrycie stołowe, łyżki, widelce, kosz z kołdrami i in. rzeczami. Ukradła je p. Karpińskiej.
6 maja 1945r – Wielka bitwa o Kuryłówkę
Byłam w domu, gdy walki zaczęły się o 6 rano. Trwały do godz. 15.
Tato Julian Feldman, moja siostra Janka i ja uciekliśmy do Starego Miasta. Zostaliśmy ostrzeżeni przez Jana Feldmana z Oddziału Radwana z Wiązownicy, aby uciekać za San, bo szykują się walki.
Mama Franciszka Feldman została w domu, chciała zaopiekować się dobytkiem i przede wszystkim cielną krową.
Wieczorem mama dotarła do Sanu, przyjechała furmanką, na wozie miała 2 pierzyny i poduszki. Tato odebrał mamę i zajechał do wujka Adama Schöborna. Był dokładnie wtorek, mama złościła się na tatę, że wszyscy już dawno powrócili do domów, a on siedzi komuś na głowie.
Gdy już tato zdecydował się na powrót do domu, zaczął przygotowywać konia, dotarli do Sanu, ale jak się okazało się, że nie mogą wracać, bo już nad wsią widać było łuny, wszystko się spaliło. Cała Kuryłówka się paliła.
Ja w tym dniu byłam w gimnazjum. Na lekcji j. niemieckiego prof. Henryk Kunz pozwolił nam wejść na strych, by zobaczyć, w którym mniej więcej miejscu się pali. Zobaczyłam łunę w pobliżu cerkwi, a przecież mieszkaliśmy dokładnie przy cerkwi. Nie zastanawiając się pogoniliśmy do domu. A było nas kilka osób. Mama była na miejscu, domy, stajnie, stodoły – wszystko płonęło. Wzięłam boska i próbowałam uratować z ognia nogi od maszyny. Żeliwne rozgrzane rozsypały się w kawałki. Stodoła i stajnia były już spalone, cielne krowy się dymiły, z gorąca się cieliły. Babcia Kostkowa chciała je wypuścić, ale Rosjanie nosili ze stodoły słomę do stajni i w ten sposób rozpalali ogień.
Zostaliśmy z rodzicami bez dachu nad głową, bez dobytku, zboże w skrzyni spalone, ziemniaki upieczone w piwnicy, mleka nie było. Jednym słowem głód i nędza.
Najbliższa rodzina wypięła się na nas. Nie udzieliła nam schronienia, nie zaoferowała kawałka chleba.
Pod swój dach przyjęła nas babcia Zofia Ćwikłowa, mimo, że u babci były bardzo złe warunki, ale cóż, nie mogliśmy grymasić. Dziadek Michał Ćwikła już wtedy nie żył od dwóch lat, zmarł 17 marca 1943 roku w wieku 77 lat. Józef Werfel z Brzyskiej Woli pożyczył 1 metr zboża, które tato zmełł na mąkę. Nie było gdzie upiec chleb. Babcia Opałkowa dała nam ziemniaki do sadzenia, rodzina Pietrychów z Tarnawca od czasu do czasu posyłała nam dzbanek mleka, chleb, masło, ser. I tak wegetowaliśmy przez kilka miesięcy, do zimy.
Tato sam porządkował pogorzelisko, od rana do późnego wieczora, o głodzie.
Tato po jakimś czasie ściągnął starą stodołę, odzyskaną po Ukraińcach, którzy wyjechali na Ukrainę. Ja z Janką spałyśmy na sąsieku, mama i tato spali w przybudówce. Było zimno, oczy, włosy mieliśmy oszronione.
Dostaliśmy krowę od dobrych ludzi, tato postawił stajnię, a po jakimś czasie zaczął ściągać drzewo na dom. Dokupił drzewa u Werfla, aby chałupę nieco podwyższyć.
Do domu sprowadziliśmy się 8 grudnia, na moje Imieniny. Tato poważnie się rozchorował na isjasz, leżał całą zimę chory.
My obie z siostrą chodziłyśmy do Leżajska. Ja do szkoły, a Janka do pracy.
Gimnazjum w Leżajsku i Szkoła Handlowa w Świdnicy
Po wyzwoleniu zapisałyśmy się do gimnazjum w Leżajsku. O 6 rano trzeba było wyjść z domu, na Sanie nie było mostu, trzeba było przeprawiać się przez rzekę promem. Nie zawsze trafiło się na prom po naszej stronie, pogoda był różna, a mimo to musiałyśmy nieraz długo czekać na przewoźnika, aż przypłynie do naszego brzegu.
Niby Polska była wyzwolona, ale czasy były nadal niepewne i nieraz kulki gwizdały nad głowami.
Ludność miała swoje rozrachunki, zwłaszcza z Rusinami. Pamiętam, jak w drodze do szkoły zobaczyłam koło apteki rannego mężczyznę, Żyda niesionego na noszach. W nocy była akcja na Żydów, został wtedy ranny Staszek Kiełbowicz, w drodze do szpitala zmarł. Ilu Żydów zostało zabitych, nie wiem. Staszek Kiełbowicz został pochowany na cmentarzu w Tarnawcu, leży koło mojej babci.
Potem przyszły czasy, kiedy zaczęły się walki i aresztowania partyzantów z AK, WiN.
Zimą 44. Mieszkałam z Teresą Pająk u Cyryla Kroty na Siedlance. Pewnej nocy taka była wichura, tłukło drzwiami na strychu, że aż strach było wychylić nosa. Cyryla nie było w domu, pracował w tym czasie na kolei. Kiedy rano wstałyśmy i wyszłyśmy za bramkę zobaczyłyśmy tłum koło Brylińskiego. Poszłyśmy zobaczyć co się dzieje. W rzece leżał utopiony zabity mężczyzna, a drugi w studni leżał z wystającymi nogami, bosymi. Zabito brata Maryśki Hajduk (Niedzielskiej) i Wańczyka. Zabił ich Staszek Kiełbowicz, mieli swoje porachunki z czasów wojny.
Zimą mieszkałam na stancji u cioci Leśniakowej na Zmuliskach, trochę u cioci Zimmermanowej na ul. Pierackiego (później ul. 1 Maja, a obecnie ul. Burmistrzów Zawilskich), u cioci Więcławowej na Siedlance, a na końcu u Chmurów na ul. Sanowej.
W 1947 roku ukończyłam gimnazjum i wyjechałam pod koniec sierpnia na Zachód do Świdnicy z p. Balawajder. Zajechaliśmy do państwa Wronów.
Szkoła została założona przez Zofię i Jana Wronów, którzy po zakończeniu działań wojennych z upoważnienia Szkolnego Kuratorium Wrocławskiego przystąpili do organizowania jednej z pierwszych szkół średnich w Świdnicy.


Prof. Wrona załatwił mi Internet, był opiekunem mojej klasy. Opiekowali się mną, jak własną córką.

Szkoła została otworzona 7. września 1946 roku przy ul. Kościelnej 15, dyrektorem został Stanisław Karakulski. Naukę rozpoczęto w Państwowym Liceum Spółdzielczym, Szkole Przysposobienia Spółdzielczego i w klasie wstępnej przygotowującej młodzież do Liceum Spółdzielczego.
Po pierwszym roku nauki szkoła zostaje przeniesiona do budynku przy ul. Traugutta 15. W szkole tej prowadzone były następujące oddziały: Państwowe Liceum Spółdzielcze (młodzieżowe i dla dorosłych), 3-letnie Gimnazjum Spółdzielcze dla pracujących, Liceum Administracyjno-Gospodarcze II stopnia (młodzieżowe i dla dorosłych o różnych specjalnościach) i Technikum Administracyjno-Gospodarcze. W tym czasie szkoła podlegała Ministerstwu Oświaty, a następnie Centralnemu Urzędowi Szkolnictwa Zawodowego.
Zakopane
Wujek Staszek Ćwikła syn Michała i Zofii z Kapralów jeszcze przed wojną wyjechał do Zakopanego. To brat mojej mamy. Podjął pracę w 1936 roku w Polskich Kolejach Linowych zaraz po uruchomieniu kolejki linowej na Kasprowy Wierch. Budowę tego wielkiego dzieła rozpoczęto 1 sierpnia 1935 r. a już 26 lutego 1936 r. ruszyła kolej z Kuźnic do Myślenickich Turni. Pierwszy srebrny wagonik dojechał na Kasprowy Wierch w niedzielę, 15 marca 1936 r. po 227 dniach budowy.
Dostał do dyspozycji służbowy drewniany domek usytuowany zaraz koło stacji w Kuźnicach.
Wkrótce się ożenił i został ojcem bliźniaków. W Sylwestra urodziła się Sylwia i Mietek. Po kilku latach urodził się Rysiek.
Wujek Staszek pracował na kolejce aż do emerytury.
Z początkiem kwietnia 45. roku razem z moją siostrą pojechałyśmy do Zakopanego. Janka skorzystała z oferty wujka Staszka Ćwikły, który załatwił jej pracę w kiosku na Kasprowym Wierchu.
Wkrótce, po ok. 3 miesiącach przyjechała po nią mama Franka i zabrała ją z powrotem do Kuryłówki. Janka wróciła w rodzinne strony, ponieważ nie była zadowolona z pobytu w Zakopanem. Dostała ofertę pracy w Miejskiej Radzie w Leżajsku i bez żalu opuściła góry.

Praca

Po powrocie ze Świdnicy w rodzinne strony podjęłam pracę w Rudzie Łańcuckiej, którą załatwił mi pan Michał Kostek z Sarzyny. Pracowałam w GS, mieszkałam u Kostków, a na niedzielę chodziłam do domu. Ta praca mi się nie podobała. Potem jeden znajomy załatwił mi pracę w księgowości w Mleczarni w Leżajsku, jako młodsza księgowa – kasjerka. Pracowałam przez 2 lata.
Półtora roku pracowałam w RPZB w Sarzynie (budowali Zakłady Chemiczne).
1,5 roku w Łańcucie, a na końcu, od 25 października aż do emerytury w Leżajskiej Wytwórni Tytoniu Przemysłowego. Pracowałam w wytwórni 34 lata.

Kiedy pracowałam w Wytwórni Tytoniu początkowo do pracy chodziłam pieszo z Kuryłówki, ale wkrótce dostałam mieszkanie służbowe. Mieszkałam w zakładowym bloku przy ul. Przemysłowej. Początkowo w mieszkaniu zajmowanym przez kilka osób. Po wyjściu za mąż dostałam samodzielne mieszkanie.

   


Do góry

Drzewo genealogiczne


 

 

Do góry

Potomkowie Rodu



Kim był mój dziadek? - a kim była prababcia? Skąd pochodzą? Ile mieli dzieci?


Indeksy, adresy
 

 

 

Czy pamiętamy o rodzinnych uroczystościach? A przecież warto! Nie zapomnijmy złożyć życzeń, zapalić świeczkę tym, którzy odeszli.

 

Do góry




Leżajsk moje miasto

Sylwetki Leżajszczan

 
Groby moich przodków
 

.
 

Święto Zmarłych.  Niech ten dzień będzie zachętą do przemyśleń o przemijającej historii, którą warto utrwalić dla potomnych. Zaduszki

Groby moich przodków

Ocalić od zapomnienia groby przodków - w poszukiwaniu korzeni


To byli wzorowi gospodarze. Mieli wielkie poważanie na wsi - wspominają kolonistów mieszkańcy Kamienia. Od nich uczyli się żąć kosą, czytać i pisać. W czasie wojny koloniści uratowali wieś od niechybnej zagłady. Wdzięczny Kamień nie zapomniał o "Niemcach". Przyjechali z Górnej Austrii, z pogranicza Bawarii, z Hesji. W ich rodzinnych stronach za mało było ziemi do uprawy. Osiedlili się w Galicji: w Woli Zarczyckiej i Raniżowskiej, Dzikowcu, Raniżowie, Kamieniu. (...) Kolonia różniła się od polskich wsi: drewniane domy ustawiono równiutko, wszystkie szczytem do ulicy. Zbudowano kościół (wszyscy byli wyznania ewangelickiego), szkołę z biblioteką - ogromną rzadkość w naszych wsiach, wytyczono cmentarz. Kolonia zatrudniła swojego bakałarza, który był równocześnie organistą. Był to Johann Sebastian Kraus z Monachium, świeżo upieczony absolwent uniwersytetu.
Kosa zamiast sierpa
Przybycie kolonistów było dla miejscowych prawdziwym szokiem. Odizolowani od miejscowego środowiska z powodu braku znajomości języka i odmiennego wyzwania byli podpatrywani przez dziesiątki ciekawych oczu. W ten sposób chłopi uczyli się nowych metod gospodarowania. W XX w. polscy gospodarze przejęli od nich kosy, które zastąpiły sierpy. Wprowadzono też żelazny pług pozwalający na głębszą orkę. Dla polskiej wiejskiej elity miejscowa biblioteka oferowała periodyki i gazety przysyłane z Krakowa, Lwowa, Linzu i Wiednia oraz bogaty księgozbiór w kilku językach. Wszyscy koloniści umieli czytać i pisać.

Żeń się z Niemką
W połowie XIX stulecia kolonia rozkwitła: wybudowano nowy kościół i nową szkołę. Liczba mieszkańców przekroczyła 500 osób - wyłącznie "Niemców" - bo tak nazywano austriackich kolonistów. Z czasem wieś zaczęła otwierać się na Polaków. Pierwszym osadnikiem w Steinau został Kazimierz Błąd, który kupił gospodarstwo rolne od Mikołaja Portha. Szybko został on usunięty ze wsi jako "obcy", ale polonizacji nie dało się już zahamować. Na początku XX wieku mieszkało w kolonii ponad 20 małżeństw mieszanych. Po Kamieniu krążyła opinia: "Chcesz mieć wzorową gospodynię, żeń się z "Niemką". Dobra z niej żona, wzorowa gospodyni, czuła kochanka, dobra lekarka..."
(...)"We wsi znajduje się stary cmentarz "poniemiecki" w zupełnej ruinie. Zarósł on na obraz buszu afrykańskiego, jak spustoszałe rumowisko".
"Widok zrujnowanego cmentarza pobudza do wielkiego smutku" - czytamy we wspomnieniach ks.Tadeusza Waldemara Krausa, potomka pierwszego bakałarza Steinau Johanna Sebastiana Krausa. "Przecież tu leżą ludzie, wyznawcy Chrystusa, ewangelicy, którzy żyli przykładnie wg zasad Pisma Św., godni szacunku obywatele".

Ten artykuł pochodzi ze strony internetowej Nowiny OnLine ( http://www.gcnowiny.pl/ )
Zobacz więcej: Adres URL: http://www.gcnowiny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=2003310300013

 

Do góry

Genealogia


 
 
 

Do góry


Biogramy


 
Napisz biogram, opisując historię własnej rodziny, losy rodziców, dziadków czy innych krewnych, uwzględniając ciekawe, wesołe i ważne informacje o życiu swoich bliskich.

Do góry

Linki


 

 

Do góry



 


OSTATNIA AKTUALIZACJA:
2015-05-01